Dzień pierwszy


trwam. przyczajony. skuty lodem.
obejmuje to. a to obejmuje mnie. mocniej.

trawy zielenią się i usychają w jednej chwili.

siedzę tu i w połowie słowa sypie piach.
a przecież całą znam odpowiedź.

w powietrzu jest dotyk ściętej topoli.
nie chce mi się więcej pisać. może jutro. jutro.
napisze drugi.

---
zvd

 

 

Dzień drugi (pamięci R.W.)


jednak jestem
przytaszczyłem szczyny i zwiotczyłem mózg.
przetrwać by. ten absolut.
karuzela.
patyk w dupie klauna. gwiazdozbiór śmieci.
koń drewniany rży do środka.
rozlewam niepewnie. szeptem.
-bez nadziei.

wstaje i podnoszę. samo się. dzieje.

linia za rogiem.
odpada. po horyzont. gięte ściany.
na chuj.
taki sprężysty.
rozpoławiam stopy. depczę.
zawracają.
dookoła listne koniczyny.
na sen i miłość. kurwy wszeteczne.
-szaleństwo.

wstaje i podnoszę. samo się.

możesz to. wypowiedz. mi mów.
powtarzaj.
przez usta moje.
znamię już wypalone. teraz lepkością luster otocz.
zawyj nienawistnie.
bym zapamiętał.
ich strach. na wyjściu.
-to samotność.


---
zvd

 

 

Dzień trzeci


nie stanowi. mnie.
ta nienawiść.

wyszarpany słowu.
oścień. powraca

jak kroki w ciemności

mdli
pod bokiem
aspiryna i kanał dwudziesty
pogodynka z dzieckiem w śmietniku
kryształ w złotej ramie
martwe gołębie i górnicy
klęczą tu wszyscy

zaciąga się i tężeje
równomiernie wchłania
warstwa po warstwie

słoje

ich linie
rozbiegają się

wczepione w krtań

drewniane
usta skowyczą

---
zvd

 

 

Dzień czwarty

 

---
objąć by czas
zamknąć w jednym
narastający wciąż ból

przeciąć żal i nici wszystkie odsupłać
na prostej drodze jak kiedyś
zaśpiewać radośnie

listy odesłać zapomniane
nie wskrzeszając cieni
opróżnić szufladę

nie narodzony
odejść w milczeniu

---
zvd

 

 

Dzień piąty

 

nie ja

katu przepijam
ostatnią flaszkę ambrozji
choć mógłbym pewnie
przyznać się
i do tego (do wszystkiego mogę)

nie ma tu brzegu
fal nie ma i cholernej przystani

ikarów
wystarcza ledwie kilku
by odśpiewać
dość sprośną piosenkę
paru dziewczętom bez nóg

to przyznaję
i tak pomyślałem

to on
żuczek gównojad
kopnął w dupę świat
nowonarodzony


---
zvd

 

 

Dzień szósty

 

to pierwszy

zatrzymał
płonącą pochodnię
słoneczny wiatr

to drugi

od dróg
bez znaku jednego
niemy powrócił posłaniec

to trzeci

poślubił ją
grzebiąc cierpki
ogień i lód

to czwarty

drobne kroki
zamknięty bramą sen
goście wróżą kamieniom
na wyjściu

to piąty

ofiara złożona
stary człowiek zasypia
przykryty czerwienią

to szósty

błazen
toczy pianę
kikutem dłoni

siódmy
jak moje urodziny

---
zvd

 

 

Dzień siódmy

 

nie cierpnie dłoń

krucha bywa
noc
i nieoczekiwany dzień

jak wypowiedziane
na wyjściu
tak

---
zvd