Czyżby znudzony papierowym świstakiem postanowił przekręcić siedlisko swego wysrywania.

Omotać by je kokonem zaspanych muszli. Ptaszkiem naznaczyć, zakapturzyć stalową rękawicą. Tak już zupełnie nogą jedną do ściany, uchem w sufit za drugą falą, oczami do rury.

 

Ale to przecież bez sensu. To nieładnie.

Bo najważniejszy jest pion. Najlepiej na długim kiju i szmatą.

Mistrz woli rury, dźwięczą i mają echa. Takie zwinięte wokół nocników, podsypki i whiskasu. Tłuczki w nich i wymięte kotlety.

Nieładnie znów i bez sensu. Jakie wymięte? jakie tłuczki?

Mistrz ma skazę, ona większa jest. Przelewa się już nawet uszami. Nosem mu uwłacza. Ustami szuka zamków. Spina agrafkami tratujące słonie.

To całkiem niedopuszczalne.

To absurdalne.

To wcale...wcale.

 

Spalić, więc ćwiartkę, albo nie... połowę.

Z butem rękawicą i rurą.

Muszle rozbić, rozjebać kokon i ptaka uwolnić.

Namaścić fiołkiem i wonną różą. Niech już ma. Taki bystry.

Mistrz pierdolony.

 

---

zvd